Trener TS Ostrovia Mirosław Trześniewski to uznana marka na mapie żeńskiej koszykówki. Nie musi już nikomu nic udowadniać. Kolejne cele trzymają go jednak przy pracy z koszykarkami. Dziś mało kto wierzy w jego plan, ale on chce tak przygotować zawodniczki Ostrovii, żeby te za kilka lat stanowiły o sile reprezentacji Polski. Wie co mówi. Spod jego ręki wychodziły mistrzynie Europy, koszykarki które później zagrały na igrzyskach olimpijskich.

Blisko 30 lat na ławce trenerskiej. Niesamowite, bezcenne doświadczenie. Stąd pewnie część osób w momencie kiedy podpisał Pan kontrakt z Ostrovią, zapytało – po co Ci to?
– Ci którzy mnie znają, wiedzą co robię. Gdybym dostał ofertę z klubu, który chce bić się o czołowe miejsca, to na początku zapytałbym o budżet. Poniżej 1,5 miliona złotych nie ma sensu się bawić. Tutaj jednak od samego początku, z moją przesympatyczną koleżanką, panią prezes Alicją Płóciennik wiedzieliśmy jaki mamy cel. Chodzi o wdrożenie programu „Team Polska”, więc się bardzo ucieszyłem i bez wahania skorzystałem z propozycji.

Co to za program?
– To program dający szansę gry utalentowanym polskim koszykarkom. Walczyłem o niego od czterech lat. Początkowo chciałem go realizować w Łodzi, nie udało się. Wszystko wskazuje na to, że uda się w Ostrowie Wielkopolskim. To jest przepiękna praca. Mieć do dyspozycji najlepsze polskie koszykarki i móc z nimi spokojnie robić postępy w grze. W Ostrowie wszystko wystartowało bardzo późno, stąd nie udało się do końca zbudować takiego składu, jaki sobie wymyśliłem. Dlatego od początku mówiłem, że będzie ciężko. Ale nie patrzmy w tym momencie na wyniki, bo to program długofalowy. Patrzmy na to, żeby Ostrów przy współpracy PZKosz miał program i ośrodek, o którym inni mogliby pomarzyć. Czyli miejsce, gdzie będzie mogła pracować kadra zawodniczek do 23-24 roku życia. Żebyśmy mogli organizować tutaj różnego rodzaju turnieje dla kadr młodzieżowych i innego rodzaje eventy. Jeżeli ktoś myślał, że w tym sezonie Ostrovia będzie podobna do tej sprzed kilku miesięcy, to faktycznie może czuć się rozczarowany. My jednak od początku mówimy otwarcie o naszych planach i pracy, która przyniesie efekt za kilka miesięcy.

mir1

Osoba Alicji Płóciennik też była magnesem, który ściągnął pana do zespołu?
– Na pewno. Pani prezes jest gwarantem podjęcia wszelkich starań, żeby ten program wszedł w życie. To także współpraca z panią prezydent Klimek, która podeszła do pomysłu z dużym entuzjazmem, a to też nie zawsze się zdarza. To wszystko zazębiło się. Dodatkowo duża przychylność i pomoc prezesa PZKosz – Grzegorza Bachańskiego sprawiły, że jest naprawdę duża szansa na to, że powstanie tutaj coś, z czego za kilka miesięcy będziemy naprawdę dumni.

Ostrów Wielkopolski jako miasto koszykówki, jest gotowe na taki program? Tutaj kibice są przyzwyczajeni do sukcesów, są niecierpliwi. Od początku sezonu część z nich kręci nosem z niezadowolenia.
– Ja ich w zupełności rozumiem. Kibic w Ostrowie jest wyuczony i doświadczony, ale też bardzo wymagający. Cały czas jednak będę powtarzał, że w tym przypadku kluczem jest cierpliwość, bo jeżeli już teraz mielibyśmy zaangażować 3,4 zawodniczki zagraniczne z europejskiego topu, wtedy to nie ma sensu. Tak było w Ostrowie przed rokiem, kiedy w drużynie były cztery koszykarki spoza Polski. Teraz mamy zawodniczki młode, w większości bez doświadczenia na parkietach ekstraklasowych. Amerykanki podobnie, bardzo młode. Uważam, że gdybyśmy do tego składu dołożyli Jordan Jones i Breanne Lewis, to już byśmy mieli dwie wygrane na koncie. Ale nie o to chodzi. Tu nie chodzi o kręcenie nosem, a szansę dla koszykarek, które mają predyspozycje i marzenia, by grać na najwyższym poziomie. Negujemy najczęściej, kiedy czegoś nie rozumiemy. Więc jeszcze raz proszę o zrozumienie.

Mężczyźni w Ostrowie odnoszą sukcesy, dziewczyny być może niedługo także będą, to powinno doskonale korelować. Ostrów ma szansę niedługo stać się takim centrum polskiej koszykówki. My już teraz mamy głosy od niektórych polskich koszykarek, które nie dostają szansy w innych klubach, że chętnie w przyszłym sezonie reprezentowałyby barwy Ostrovii. I o to chodzi!

Co pan mówi dziewczynom w szatni, które po takim meczu jak chociażby z Gorzowem, siedzą ze spuszczonymi głowami i są załamane. Gotowe rzucić to wszystko i zrezygnować?
– Przede wszystkim staram się zachować spokój. Ja wszystkie złe emocje wyrzuciłem z siebie dawno temu. Jako młody trener byłem bardzo impulsywny. Wiem jednak, że to nie zawsze dobrze działa. Człowiek musi uczyć się na własnych błędach. Co tym dziewczynom na chwilę obecną da obrażanie, pokazywanie złości czy dołowanie? Nic dobrego. One przyszły tutaj po to, żeby się uczyć. One chcą grać w koszykówkę. Tutaj są dziewczyny, które w swojej karierze były przez wielu trenerów tłamszone, czasami nawet upokarzane. My wyciągamy pomocną dłoń. Tutaj mają się odbudować koszykarsko i psychicznie. One mają się rozwijać. Do tego dochodzą różnego rodzaju problemy, z którymi często kobiety muszą się zmagać. Dlatego tutaj potrzebne jest wsparcie.

Proszę spojrzeć na nasze wysokie koszykarki, o których mówiło się na początku, że to najsłabsze ogniwo. Ja teraz do nich zwracam się z wielką estymą i wielkim szacunkiem, bo wystarczyło kilka tygodni, a one zaczynają już bić się Amerykankami, z koszykarkami silniejszymi fizycznie. Ewelina Jackowska wcześniej grała w pierwszej lidze, Kasia Jaworska jest po ciężkiej kontuzji, nie grała cały poprzedni sezon, a jak teraz patrzę na ich zaangażowanie i chęć do pracy, to jestem z nich dumny i uważam to za sukces.

mir2

W tegorocznym składzie, takich koszykarek jest chyba więcej?
– Oczywiście. Kolejny przykład – Karolina Podkańska. Jeszcze niedawno nie była powoływana do kadr młodzieżowych. Dopiero po mojej interwencji, znalazło się dla niej miejsce w szerokim składzie. Później okazało się, że to koszykarka pierwszopiątkowa, która w dużej mierze zapewniła reprezentacji młodzieżowej utrzymanie w dywizji A. To samo Ola Wajler, zawodniczka która nie grała jeszcze nigdy w ekstraklasie. Więc nie dawajmy tym dziewczynom obciążenia, którego nie będą w stanie teraz unieść.

Jowita Ossowska to zawodniczka, która zgarniała nagrody MVP na młodzieżowych turniejach międzynarodowych. Jedna z liderek kadr młodzieżowych. Czy ktoś o niej słyszał, jako koszykarce z poziomu ekstraklasy? Nikt. Dzisiaj to pierwsza Polka od lat, która jest wśród najlepszych strzelców całej ligi. To chcemy pokazać. Pokazać innym trenerom, że warto poświęcić czas i zainwestować w dziewczynę wcześniej niechcianą.

Jak już się rozwinąłem, to kolejnym świetnym przykładem jest Kasia Joks, wychowanka Ostrovii. Wielki talent, wielkie możliwości, ale też wielkie zaległości. Ona musi zrozumieć, że ma okazję być solidną koszykarką, tylko potrzebna jest cierpliwość i ciężka praca. Jest jeszcze w tym wieku, w którym to można nadrobić, tylko musimy więcej pracować, nawet do południa. A my w tej chwili nawet z tym mamy problem, bo nie mamy hali. Ale i to przezwyciężymy.

Jeśli nasza kadra będzie poszerzała się o kolejne młode, zdolne Polki, wtedy mamy też słowo od PZKosz, że będziemy mogli wspomagać się solidnymi dwoma Amerykankami. Wtedy dziewczyny mają się od kogo uczyć, a wspólnie możemy walczyć o najwyższe cele!

mir3

Odpowiedź na to pytanie, będzie wstępem do kolejnego, więc proszę o krótką odpowiedź. Jest pan trenerem spełnionym?
– Oj, ja myślę że bardzo. Jestem chyba jedynym trenerem w historii, który zdobywał mistrzostwa Polski na każdym szczeblu. Od młodziczek, poprzez kadetki, juniorki i juniorki starsze aż do seniorek. Więc chyba mogę się tak czuć? (uśmiech).

To spełnienie sprawia, że teraz ma pan inne cele w życiu? Inne rzeczy sprawiają panu frajdę? Pan przeszedł etap wygrywania medali na etap kształtowania koszykarek i odbudowywania ich?
– Dotknęliśmy sedna tego programu i mojego podejścia. Są trenerzy nastawieni na sukces i są szkoleniowcy nastawieni na dawanie czegoś innym. To nie jest przypadek, że pani Alicja Płóciennik zaczęła ze mną rozmawiać na ten temat, bo znała moją wizję i wiedziała jak bardzo mi zależy na programie skupiającym młode, zdolne zawodniczki. Dla mnie, na chwilę obecną najwięcej radości sprawi moment kiedy kilka dziewczyn z tej drużyny, tego projektu trafi do pierwszej reprezentacji Polski.

Takim moim celem nadrzędnym jest wizja zagrania jeszcze raz na igrzyskach olimpijskich. Może nie tych najbliższych, ale kolejnych. Tak jak to było po 1999 roku, kiedy wygrywaliśmy mistrzostwa Europy, a następnie graliśmy w Sydney. Wtedy był również podobny program. Ja to hasło powtarzam  dziewczynom. Bo to jest właśnie piękne w sporcie. Dzisiaj rozmawiamy w takich, a nie innych nastrojach, a może za dwa lata się spotkamy i powiemy o koszykarce A lub B, że gra w najlepszych zespołach Euroligowych. Proszę mi uwierzyć, wówczas wszyscy będziemy mieli z tego ogromną frajdę, kiedy pomyślimy sobie, że takie koszykarki wychowywały się właśnie w Ostrowie Wielkopolskim! Wierzę, że za chwilę zawodniczki, które tu grają lub dopiero będą grać, będą wygrywać medale mistrzostw Europy. Wtedy całe miasto będzie dumne.

Wszystkiego się bardzo miło i fajnie słucha, ale ja lubię twardo stąpać po ziemi. Przepraszam też za bezpośredniość, ale pan mówi o igrzyskach olimpijskich, medalach ME, a tego w polskiej koszykówce nie było od 20 lat. Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że Mirosław Trześniewski jest fantastą?
– Nie jestem fantastą, ponieważ ja podobny program tworzyłem 20 lat temu właśnie. Ja miałem cztery zawodniczki w pierwszej piątce, które zdobywały mistrzostwo Europy w 1999 roku. Trzy koszykarki w pierwszej piątce na igrzyskach olimpijskich. To wszystko wyszło spod mojej ręki, więc chyba mogę mieć podstawy, żeby tak myśleć?

Oczywiście. Musiałem jednak trochę sprowokować tą odpowiedź…
– Te koszykarki wcale nie są gorsze. Ich koleżanki 20 lat temu nie miały takiej konkurencji. Same musiały dźwigać ten ciężki bagaż. Nic nie spadało na barki zawodniczek zza granicy. Wtedy Polki grały i stanowiły o sile Polskiej Ligi Koszykówki Kobiet. To były niesamowite mecze, kiedy ŁKS czy Polfa Pabianice grały z Lotosem o mistrzostwo Polski. Nasze zawodniczki, wychowanki tworzyły widowiska na najwyższym poziomie. Gdyński zespół był jednym z najlepszych w Europie, w dużej mierze grając Polkami. Później zaczęły się problemy, kiedy w drużynie zaczęły grać koszykarki zagraniczne.

Wspomniał pan, że jest jedynym trenerem, który zdobywał medale mistrzostw Polski na każdym szczeblu. Mirosław Trześniewski jest też chyba jedynym, który przez całą karierę pracował tylko z kobietami?
– Możliwe, tego jednak nie jestem pewien. Tak jakoś wyszło. Zaraz po ukończeniu Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu wróciłem do Jeleniej Góry i zacząłem pracować z kobietami. Zresztą Jelenia Góra to bardzo podobny ośrodek do Ostrowa Wielkopolskiego. Ja później stałem się intruzem w środowisku. Jakiś młody, buńczuczny facet przychodzi z małego ośrodka i rozpycha się łokciami.

Nie myślał pan o tym, żeby może jednak spróbować pracować z facetami?
– Nie, bo ja od samego początku sukcesy miałem. To mnie cały czas ciągnęło do góry, napędzało do dalszej pracy. Nawet nie było nawet takiej okazji.

mir4

Z kobietami źle, bez nich jeszcze gorzej. Z takiego założenia pan wychodzi?
– Ja chyba jestem szczęśliwcem, bo nigdy nie miałem problemu, żeby dogadać się z kobietami. Ja też nie mam łatwego charakteru. Jednak jeśli wchodzę w jakiś konflikt, to robię to czasem świadomie. Bo są tzw. konflikty sterowane, które mają jakiś cel do osiągnięcia. Mam przecież żonę koszykarkę. Właśnie mistrzynię Europy z 1999 roku, który wspominaliśmy. Także ja z żeńską koszykówką na dobre i na złe (śmiech).

Zapytałem kilka koszykarek Ostrovii o skojarzenia związane z panem to usłyszałem: drugi tata, można porozmawiać z nim o wszystkim. Sympatyczny facet, do rany przyłóż, z ogromnym poczuciem humoru. Podejście do kobiet, to chyba właśnie klucz do sukcesu?
– Psychologia jest jednym z najważniejszych elementów pracy z ludźmi, zwłaszcza z kobietami. My faceci jesteśmy bardzo prostymi urządzeniami. Kobiety natomiast są bardziej skomplikowane. Jeden przykład. Zauważysz u jednej, że była u fryzjera, u drugiej nie i już jest draka. Do jednej powiesz Jolu, do drugiej Jolka – to samo. Burza przez dwa tygodnie. Cieszę się jednak, że dziewczyny tak o mnie mówią. Do tego też dążymy, żeby dziewczyny dobrze czuły się w zespole. Bez wyjątku. Jednak wiem, że nie jestem w stanie zadowolić każdego.

Kiedyś czytałem wywiad z Pepem Guardiolą. On powiedział, że nie wyobraża sobie pracy trenerskiej w jednym środowisku dłużej niż pięć la, bo wówczas nie ma już tej samej energii, chęci poznawania, zdobywania i wygrywania. System szkoleniowy traci na wartości. Pan jednak większość kariery związany z Łodzią i Pabianicami, dlaczego?
– Coś w tym cytacie może być. Po latach dochodzę do tego. W pewnym momencie razem z działaczami, prezesami, zawodnikami stajecie się przyjaciółmi, pracujecie już na innych płaszczyznach. Zaczynamy mniej od siebie wymagać. To jest minus. Plus jest natomiast taki, że znamy się doskonale i wiemy czego od siebie oczekiwać. Wyciągamy z siebie najlepsze, najmocniejsze strony. Chyba obie drogi są dobre. Mnie dłuższa praca w jednym miejscu zaprowadziła do sukcesów, więc dlatego tak się stało.

Henryk Langierowicz – trenerska legenda za życia. Andrzej Nowakowski, to takie dwie persony, od których Mirosław Trześniewski wyciągnął najwięcej?
– Z Andrzejem byliśmy przyjaciółmi bardziej. To on mnie nauczył tego jak rozmawiać z koszykarkami na spokojnie, żeby do nich dotrzeć. Świetny psycholog. Henryk Langierowicz to legenda za życia, od której czerpałem koszykówkę pełnymi garściami. Trzecim mentorem był Józef Żyliński. To już w ogóle historia koszykówki, także litewskiej, bo to przecież wilniuk z krwi i kości. Niestety słabością dzisiejszej koszykówki jest to, że młodzi trenerzy nie mają się od kogo uczyć. Jest wielu trenerów zagranicznych, którzy przychodzą na rok czy dwa. Szybko wchodzą na wysoką półkę, jeszcze szybciej spadają, później zawirowania, nie mają pomocnej dłoni. Szkoda.

Jeśli spotkamy się po kilku latach od tej rozmowy, to kiedy powie mi pan, że udało się zrealizować założony cel?
– To będzie moment, kiedy znów zagramy na igrzyskach olimpijskich i kiedy trzy, cztery zawodniczki z tego programu o którym mówiliśmy stanowić będzie o sile reprezentacji Polski. Myślę, że o pierwszych efektach możemy mówić za trzy lata. Igrzyska za sześć, więc zobaczymy jak to będzie.

Rozmawiał: MG
Zdjęcia: Jakub Janecki