Jednego nie ma z nami już trzy lata. Drugi odszedł przed rokiem. Ale to nie będzie tekst o tym, jakimi byli wspaniałymi ludźmi – byli normalni. Popełniali błędy jak każdy z nas, żyli po swojemu, często nie słuchając innych. Najważniejsze jest, że chcemy i pamiętamy o nich! Andrzej Kowalczyk i Jan Perkiewicz nigdy nie chcieli, żebyśmy płakali po nich. Więc może trochę się pośmiejemy?

Dlaczego skradli nasze serca? To proste. Kochali koszykówkę, robili dla niej wszystko z pasji i z uśmiechem na twarzy. Czasem sobie z niej żartowali, bo przecież „nie można wszystkiego brać na poważnie”. Byli jacyś! Na początek Andrzej Kowalczyk, bo w odróżnieniu od Janka był osobą bardziej otwartą.

23915496_691714887699211_1515999005999352194_n

Anegdot związanych z Kowalem jest całe mnóstwo, więc nie czas i miejsce, żeby wszystkie przypominać. Andrzej kierował się jednak kilkoma ważnymi zasadami w życiu – pierwsza jest rodzina, później dopiero koszykówka. A w koszykówce trochę jak w rodzinie – więc podstawa to pasujące do siebie charaktery.

Kiedyś, ktoś powiedział Andrzejowi:
– Jesteś doskonałym selekcjonerem. Świetnie dobierasz sobie ludzi. Wypatrujesz niezłych graczy.
– To prawda – odpowiedział.
– Trenerem jednak wybitnym nie jesteś, Andrzej.
– To też prawda – uśmiechnął się!

To chyba najlepszy moment opisujący Andrzeja Kowalczyka. Miał świadomość swoich wad i zalet i potrafił to doskonale wykorzystać. Medale mistrzostw Polski, kadra narodowa nie biorą się z przypadku. Dobierał ludzi, którzy mieli podobny cel. A cel bierze się z charakteru człowieka – ze znaków zodiaku.

– Kiedy się urodziłeś?
– We wrześniu!
– O! Jak Eric Elliott – dogadamy się.

Wystarczyło. Rzadko się mylił co do ludzi. To tutaj tkwił sukces. A ludzie potrafili filtrować Andrzeja Kowalczyka i brać od niego te najlepsze cechy, żeby te gorsze wyrzucać do kosza. Stąd „dzieci Kowala”.

Dążył do celu. Sky is the limit – jak to się mówi. Chociaż Andrzej pewnie tego określenia nie poznał do końca swych dni, mimo że w pewnym momencie podjął próbę nauki języka angielskiego. W tym celu nawet wyjechał do Londynu, a był już grubo po 50-tce. Niestety, kończyło się zawsze w ten sam sposób – „powiedz mu, że…” – czyli z tłumaczem w tle. To pewnie jedyna rzecz, której „Kowal” żałował do końca, że nie nauczył się „języka koszykówki”. Zresztą tak samo jak Jasiu Perkiewicz.

Ok, to może jednak nie do końca pokazuje, że dążył do celu. Anegdotę z samolotem w tle chyba jednak znacie? Kiedy zapomniał o Polaku w składzie i wysłał z Poznania samolot do Pruszcza Gdańskiego z Łukaszem Płóciennikiem na pokładzie. Ale to nie tak, że o Płóciennikach zapominał – po prostu przypadek 🙂

Jakim człowiekiem był natomiast Jan Perkiewicz świadczy fakt, że chwilę po informacji o jego śmierci, trudno było znaleźć jego zdjęcia. Często stojący w cieniu, trochę introwertyk, który otwierał się i oczy mu się iskrzyły w momencie rozmów o koszykówce.

Nie pchał się nigdy przed szereg, jeśli zespół wygrywał – to zespół się cieszył, a on wychodził z hali zapalić papierosa, mówiąc „zasłużyły”. Dlatego wiele dziewczyn skoczyłoby za nim w ogień… i odwrotnie. – Mieszkałam na przeciwko ZAP-u w Ostrowie. Nie było wtedy telefonów komórkowych. Miałam wsiąść do autokaru na poznańskiej. Czekam, czekam i nic. Zapomnieli o mnie. Po godzinie autokar wjeżdża na osiedle, prosto pod mój blok – klakson i wychodzi trener – wspomina Monika Szymańska, zawodniczka Jana Perkiewicza.

Miałam wesel brata w sobotę. Wcześniej powiedziałam, że nie pojadę na mecz w niedzielę. Zrozumiał, mówiąc że nie ma problemu. Po zabawie wróciłam do domu o 6 rano. O 7 dzwoni domofon – „pakuj torbę, czekamy na dole” – słyszę trenera. Nie miałam wyjścia, nie mogłam mu odmówić – dodaje Małgorzata Czarnota, kolejna zawodniczka Jana Perkiewicza.

To dwie historie, które pokazują jakim był człowiekiem i trenerem. Koszykówki uczyli się razem z Andrzejem Kowalczykiem w Technikum Kolejowym, więc nic dziwnego, że mieli podobne metody.

jasiuiandrzej

Często słyszy się, że ktoś jest zespołem na boisku i poza nim. Często to kurtuazja. W naszym przypadku naprawdę tak było. Do dzisiaj się spotykamy, mimo że nie gramy w kosza od 15-20 lat – dopowiada Gosia Czarnota.

I tacy właśnie byli. Andrzej i Janek. Doskonałe uzupełnienie. Jeden – „wyszczekany Czaruś”, który wszystko załatwi, drugi – spokojny analityk, który tylko na ucho coś szepnął temu pierwszemu, który zaraz to wykorzystywał. Duet idealny! Takich was zapamiętamy panowie!